Wyścig o przetrwanie

O tym wyścigu chciałabym jak najszybciej zapomnieć, choć paradoksalnie będę o nim długo pamiętać. To sukces, że dojechałam do mety, bo ani pogoda, ani organizacja, ani inne okoliczności nie sprzyjały jeździe. Wyścig kolarski z Gorzowa Wlkp. do Zaboru dla wielu z nas to jedno wielkie rozczarowanie.

Yolobike Team Spirit

Najfajniejszy był początek imprezy czyli moment, kiedy cała 16-osobowa ekipa Yolobike przyjechała do Gorzowa Wlkp. i zaczęła ostatnie przygotowania przed startem. Mnóstwo znajomych z Zielonej Góry, gorące powitania, żarty, sesje zdjęciowe i omawianie taktyki – to wszystko pomagało nam opanować stres i emocje i natchnąć drużynę duchem walki.

Nikt nie liczył na super wynik i wygraną. Bo jak porównać grupkę miłośników kolarstwa zrzeszonych wokół damskiego bloga rowerowego, gdzie liczy się Fun&Smile z proamatorskimi drużynami, których zawodnicy startują pod szyldami wielkich sponsorów na rowerach za kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych? Mieliśmy jechać w grupie, pomagać sobie i dobrze się bawić.

Wszystko pod wiatr

Plany pokrzyżował mocny wiatr i upał 35 stopni! Już na starcie było wiadomo, że warunki pogodowe nie będą sprzyjały jeździe. Choć każdy miał w głowie ułożony jakiś plan i taktykę to – jak się później okazało – niewiele udało się z tego zrealizować.

Osobiście chciałam pojechać lepiej niż w ubiegłym roku, kiedy to cały dystans (113 km) przejechałam praktycznie sama w niewiele ponad 4 godziny. Teraz wydawało mi się, że może być lepiej…

Bo przecież był Marcin. Mój mąż, który obiecał, że będzie holował mnie od początku do końca. Była grupa i jazda w peletonie, był makaron, żele na trasie, cztery bidony z izotonikiem, wsparcie techniczne rodziców i dużo, dużo lepsza forma. Nic z tego. I na próżno szukać przyczyn porażki.

Gorzka pigułka

Warunki pogodowe dla każdego były takie same. Kto potrafił lepiej się w nich odnaleźć, ten osiągnął dobry wynik. Najlepsi wykręcili średnią ponad 36 km/h! Można? Można!

Więc nie będę już narzekać, że było za wietrznie, za gorąco, że zbyt późno odczepiłam się od grupy, że zabrakło dla wielu wody na trasie i że były podjazdy. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się do totalnej amatorszczyzny.

Wyścig dłużył się niesamowicie. Choć wiedziałam co czeka mnie na trasie, odliczałam kilometry do zjazdu w Cigacicach, długiej prostej do Zawady i końcówki w Przytoku. Zatrzymałam się tylko raz, aby wymienić bidony i napić się wody. Były kryzysy, ciągły odruch wymiotny, walka z wiatrem, ale ani razu nie przeszło mi przez myśl, żeby zrezygnować z wyścigu, zejść z roweru i poddać się. Jak widać, w tym przypadku głowa była mocniejsza od nóg.

Z drugiej strony bardzo ciężko było zdobyć ten medal. Wiedzą dobrze o tym Ci, którzy – tak jak ja – przez 118 kilometrów jechali z drugą, słabszą częścią uczestników, poza głównym peletonem.

Wielu kolarzy w ogóle nie ukończyło zawodów z powodu kontuzji, awarii roweru, niedyspozycji fizycznej czy zmęczenia. Ale sam udział w tym wyścigu uważam za wielki sukces i GRATULUJĘ tym, którzy dojechali do mety, bez względu na zajęte miejsce.

Organizacyjna klapa

I jeszcze kilka spostrzeżeń na temat organizacji stojącej na bardzo niskim poziomie. Tyle słów krytyki od samych zawodników już dawno nie słyszałam…

Wierzbicki Running Project w Gorzowa Wlkp. zadbał tylko i wyłącznie o czołówkę wyścigu. Pozostałe blisko 60 osób jadących poza głównym peletonem (same lub w mniejszych grupkach) nie zobaczyło na trasie bufetu z wodą (!!!), bananów czy wozu technicznego! A przypomnę, że żar lał się w nieba!

Tylko nasze rodziny, znajomi i mieszkańcy okolicznych wsi prywatnie podawali nam wodę, bo nikt z organizatorów się nami nie zainteresował! Liczył się splendor i najlepsi, bo to fajnie wyglądało na zdjęciach! Reszta „cieniasów” musiała liczyć na siebie! A stawanie trzy razy w sklepie po wodę czy nabieranie jej do bidonów z okolicznych rowów (!!!) to istna żenada.

Szczęście, że nie doszło do tragedii spowodowanej udarem cieplnym, albo wysiłkiem fizycznym w tej temperaturze… A znajomi kolarze pisali wcześniej do organizatora o większą ilość bufetów na trasie, właśnie ze względu na pogodę. Bez odzewu…

O marnym pakiecie startowym złożonym tylko z workowego plecaka i „podejrzanie pachnącego” bidona, uciążliwym kontakcie z organizatorem przed zawodami, o braku wozu technicznego na tyłach wyścigu (zdefektowane rowery i kolarzy zabierały prywatne osoby), o „miasteczku rowerowym”, po którym po czterech godzinach od startu już nie było śladu – już nawet nie wspomnę. No i klasyfikacja. Np. na liście sklasyfikowanych jest zawodnik, który wcale nie wystartował, a nie ma dziewczyny, która dojechała na metę, choć była ostatnia. Już nawet nikt nie czekał na nią z medalem…

Antypromocja kolarstwa

Sam pomysł zorganizowania takiego wyścigu kolarskiego łączącego dwie stolice województwa lubuskiego jest strzałem w dziesiątkę! Bo przecież to jeden z nielicznych wyścigów, który odbywa się właśnie w naszym regionie. A cel jest jeden: promocja kolarstwa i zachęcenie jak największej liczby osób do udziału w zawodach, rywalizacji i aktywnego spędzania wolnego czasu.

Tymczasem dostajemy metę w Zaborze, miejscowości oddalonej o 20 km od centrum Zielonej Góry, gdzie nikt oprócz rodzin i możne kilku lokalnych mieszkańców nie patrzy na zawodników. O godz. 16.00, kiedy na metę wpadają Ci, dla których samo ukończenie zawodów to zwycięstwo, które znaczy więcej niż medal i puchar dla innych kolarzy, nikt nie czeka, nie klaszcze, organizator zwinął już balony, nagłośnienie, a osoby z elektronicznego pomiaru czasu niecierpliwie patrzą na zegarki.

To przykry moment, który zniechęca do udziału w zawodach, do działania i jazdy… A mogło być tak pięknie! Meta wyścigu w centrum Zielonej Góry, podczas Święta Województwa Lubuskiego, które przyciąga na deptak mnóstwo ludzi. Jestem przekonana, że niektórzy po raz pierwszy byliby świadkami takiego wydarzenia, bo w Zielonej Górze czegoś takiego chyba jeszcze nie było!

Inni jakoś potrafią.

*Wykorzystano zdjęcia Piotra Łabaziewicza – Seven Perceptus Team.

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Jeż pisze:

    Kasiu, strasznie fajnie poczytać o tym co to się działo na trasie, szczególnie gdy cały wyścig oglądało się jego ogona 😉
    Z pozycji osób zamykających stawkę, można właściwie powiedzieć, że wyścig zaczął i zakończył się po 5km, kiedy to oddalające się syreny policyjne oznajmiły początek ostrego ścigania, potem pozostał już tylko rozmazany obraz oddalającego się peletonu i …. żar. Myślę że tytuł tego wyścigu należałoby zmienić na „Żar w tropikach”. Jeśli ktoś w sobotę nie przeszedł się asfaltową drogą koło godziny 13.00, to nie zrozumie o czym mowa.
    Pogoda spłatała organizatorom psikusa i niczym zaspani drogowcy w zimie, organizatorzy nie ogarnęli tematu punktów żywieniowych, czy obserwacji trasy. Dzięki Bogu na końcu jechał bus zbierający maruderów, niestety jechał tempem ostatniego zawodnika, który w połowie wyścigu był już dobre 50 minut za stawką. Jeśli ktoś zasłabł na trasie (ehmmm) to musiał niestety przeżyć o własnych siłach w cieniu pobliskich drzew i oczekiwaniu na upragniony widok busa z przyczepką. Pierwsze oznaki wody pojawiły się na 50km, czyli jakieś 20km po tym jak skończyły się zapasy w bidonach… Pierwsze i … ostatnie, bo do następnych wodopojów nie dotarłyby nawet wielbłądy na rolkach, ponieważ już tych wodopojów nie było…
    Jeśli ktoś wybrał te zawody jako swój debiut, to przeżył swego rodzaju chrzest bojowy i utrwalił w myśli przekonanie, że organizatorów widzi się na trasie na starcie i jeśli ktoś dojedzie to na mecie… Jakże inne jest to podejście od zawodów Duathlonowych czy Triathlonowych, gdzie ostatniego zawodnika oczekują oklaski i fajerwerki, a przede wszystkim posiłek regeneracyjny, nie wspominając o pamiątkowym medalu i zdjęciach 😉
    I ostatnie spostrzeżenie – świetny pomysł, mierna realizacja, a jeszcze bardziej zastanawiające zakończenie. Skoro wyścig ma w tytule Gorzów – Zielona Góra, to pomimo tego, że przyłączyliśmy do miasta wiele powiatów, Zabór chyba się nie załapał. Naprawdę nie można było wjechać i zakończyć wyścigu na Deptaku? Przynajmniej ostatnie sieroty (takie jak ja) mogłyby pójść i zatankować w Biedronce z braku obsługi organizatorów…

    Wszystkim Startującym szczere Gratulacje!!! Kto był ten wie co to był za wyścig. Kto nie był, niech nastawi piekarnik na 70C i wsadzi tam głowę na 15 minut, a potem biega po schodach w górę i w dół przez 4h. Na koniec może sobie powiesić na szyi medal Naczelnego Hutnika Województwa Lubuskiego. 😉

    Jeż

    PS. Nie mogłem się powstrzymać od jeszcze jednej uwagi.

    Czy naprawdę trzeba jechać do Gorzowa, żeby wziąć udział w takich zawodach? Biorąc pod uwagę fakt, że 80% startujących było z Zielonej Góry i okolic, może warto zorganizować wyścig na miarę naszych możliwości i ambicji, pokazując na przykładzie, jak powinno się takie imprezy przeprowadzać? Takie tam małe integracyjne wydarzenie, gdzie wreszcie wyjdzie na to kto jest nr 1 w Zielonej Górze 😉

    Kingsajz dla Każdego !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *