Yolobike w górach – trasy rowerowe

Yolobike on Tour czyli trzy dni jazdy na szosie po karkonoskich trasach z najlepszą ekipą na świecie! Blisko 250 kilometrów i 3500 przewyższeń. Było co jechać, ale nie ma czego żałować! Bo góry to kwintesencja kolarstwa i okazja do sprawdzenia samego siebie. Zobacz jakie trasy udało nam się pokonać. 

#YolobikeOnTour

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że w maju 2019 przyjadę do Szklarskiej Poręby z grupą fanatyków kolarstwa szosowego na górski tour, to na pewno bym w to nie uwierzyła! Bo co innego jeździć po płaskiej jak stół trasie na Niwiska, a co innego pokonać podjazd 17%, który nagle pojawia się na trasie jak góra lodowa przed Titanikiem.

Tylko kilka osób z 17-osobowej grupy Yolobike wiedziało, co tak naprawdę czeka nas trasie. Nikt nie próbował gasić naszego entuzjazmu. Co więcej – radość z jazdy towarzyszyła nam do samego końca.

Trasą VIA Dolny Śląsk

Szklarska Poręba – miasto Ducha Góra powitało nas (i pożegnało) piękną pogodą. Na tego typu wyjazdach to więcej niż połowa sukcesu! I pomyśleć, że jeszcze w środę przed wyjazdem kamery ze Szrenicy pokazywały 2° ciepła i śnieg! W rezultacie pogoda szybko zmieniła się na naszą korzyść i nawet sobotni, silniejszy wiatr, nie sprawił nam większego problemu.

Piątkowy plan zakładał objazd trasy FUN Szosowego Klasyka Via Dolny Śląsk. W tym roku impreza odbędzie się 7 lipca, a kolarze wystartują z Piechowic k. Szklarskiej Poręby. Wyścig FUN odbędzie się na dystansie 53 km i z przewyższeniem 1015 m. Do linii startu mamy około 10 km od centrum Szklarskiej Poręby, z której prowadzi szybki zjazd o średnim nachyleniu ok. 4%. Można się rozpędzić do ponad 60 km/h!

Profil trasy FUN Szosowego Klasyka Via Dolny Śląsk ze Szklarskiej Poręby dostępny tutaj: https://www.strava.com/routes/18640655

Z zapewnień organizatorów Szosowego Klasyka Via Dolny Śląsk wynika, że trasa tegorocznego wyścigu będzie identyczna jak w ubiegłym roku. Cała zabawa zacznie się na dojeździe do Piastowej w stronę Kopańca. To około 5 km podjazdu mającego w swoim najwyższym momencie 8% nachylenia. Po takiej rozgrzewce czeka nas lekki zjazd do Starej Kamienicy (10 km trasy), a potem chwilowe wypłaszczenie terenu.

Do samego Rębiszowa (20 km trasy) prowadzi średniej jakości asfalt, ale wynagradzają nam to piękne widoki. Można zachwycić się górami wtopionymi w zieleń łąk i drzew, kwitnącym na żółto rzepakiem oraz niebem pokrytym wysokimi chmurami. To wszystko sprawia, że mózg i głowa zaczynają odpoczywać, rozluźniają się mięśnie całego ciała, znika codzienny stres i czujemy przypływ endorfin.

Wyścig będzie rządził się swoimi prawami, ale my postanowiliśmy w tym miejscu odpocząć i uzupełnić deficyt cukru.

Nie będę oceniać czy to szybka trasa. Na pewno jej środkowa część jest łagodniejsza niż mocny początek, bo przez kolejne 15 km (Mlądz, Gierczyn, Orłowice) mamy podjazdy i zjazdy w granicach 3-5%. Na niektórych kolarzach takie cyfry nie robią wrażenia, ale dla osób słabiej wytrenowanych czy przyzwyczajonych do płaskich terenów, długie podjazdy mogą być wyczerpujące.

Wszystko zależy od mocy i wydolności organizmu. Dla jednego będzie to jazda w drugiej/trzeciej strefie przy tętnie 120-130 uderzeń/min., a dla osoby takiej jak ja, to już czwarta/piąta strefa i tętno 160-170 uderzeń/min.

Kolejna atrakcja zaczyna się na ok. 44 km naszej trasy (ok. 34 km trasy wyścigu), kiedy pojawia się podjazd pod Świeradów Zdrój, a stamtąd odcinek na linię mety zawodów czyli w okolice Zakrętu Śmierci. Wspinamy się przez blisko 15 km w granicach 3-6% nachylenia. I kiedy już myślisz, że jest wypłaszczenie i będzie lżejsze kręcenie, to na horyzoncie pojawia się następny podjazd i przymusowo trzeba zmienić przerzutki.

Na szczęście sama końcówka czyli ostatnie 4-5 km do mety (do Zakrętu Śmierci) to już płaski teren (a nawet lekko w dół), więc można wskoczyć na duży blat, przyjąć pozycję aerodynamiczną i mocno przyspieszyć. Pewnie wyścig rozegra się wcześniej na podjazdach, a nie na ostatnich, płaskich kilometrach.

Sam Zakręt Śmierci jest bardzo niebezpieczny, bo droga zatacza łuk prawie 180°. Dlatego swoją nazwę zawdzięcza licznym wypadkom samochodowym spowodowanym przez niezachowujących należnej ostrożności kierowców. Ale jest to również wspaniały punkt widokowy na panoramę Karkonoszy, miasto i Kotlinę Jeleniogórską.

Pętla Izerska 17%

Kolejny dzień pobytu to kolejne wyzwanie. Zdecydowanie najtrudniejsza i najdłuższa trasa z trzech dni pobytu w Karkonoszach. To Pętla Izerska z największym podjazdem jaki kiedykolwiek pokonałam na rowerze czyli wspomniane wcześniej 17%. Cała trasa liczy 92 km z przewyższeniem 1670 m.

Profil trasy ze Szklarskiej Poręby dostępny tutaj: https://www.strava.com/routes/18639606

Ze Szklarskiej Poręby wjeżdżamy na Czeską Szosę i kierujemy się wzdłuż Kruczych Skał. Po blisko 10 km podjazdu jesteśmy w Jakuszycach na wysokości 900 m n.p.m. Czesi witają nas 6-kilometrowym zjazdem, który daje odpocząć zakwaszonym mięśniom przed kolejnymi wzniesieniem i serpentyną. Widoki z prawej są zacne, ale chyba nikt ich nie zauważa, bo na szosie toczy się walka o przetrwanie.

Po takich podjazdach warto złapać oddech zatrzymując się nad zbiornikiem wodnym zapory Souš nad Česné Desné. Całość jest niestety ogrodzona i obowiązuje zakaz wchodzenia na okoliczne tereny, gdyż znajdują się one pod ścisłą ochroną. Ale warto mieć stąd zdjęcie do albumu.

Czasami może się wydawać, że tutejsze podjazdy nie mają końca. Głowa chce jechać, ale nogi odmawiają już posłuszeństwa. A to dopiero połowa drogi! Jest na to kilka rozwiązań.

Albo zsiadasz z roweru i odpoczywasz na pierwszym lepszym kamieniu przy drodze, zbierasz siły i jedziesz dalej w samotności, bo grupa już dawno Ci odjedzie, albo próbujesz złapać okazję, która podrzuci Cię (i rower) z powrotem do Szklarskiej Poręby (co jest mało prawdopodobne), albo zaciskasz zęby, spinasz się w sobie, nie myślisz o bólu i z pomocą rowerowych przyjaciół zdobywasz kolejny podjazd. Sama radość!

Po kawie, struclu jabłkowym i knedlach z borówkami w jednej z okolicznych restauracji możemy wyruszyć dalej w trasę, ale już z lekkimi obawami, bo przed nami blisko 20-kilometrowy stromy i kręty zjazd aż do miejscowości Hejnice.

Do całej grupy docierają komunikaty od bardziej doświadczonych kolarzy, żeby zachować szczególną ostrożność i hamować na zakrętach. I już sama nie wiem, czy lepiej zjeżdżać czy podjeżdżać… Bo tutaj liczy się technika, doświadczenie, koncentracja i odwaga.

Od Hejnic kierujemy się w stronę miejscowości Raspenava i Nowe Mesto pod Smrkem. I znów zaczynają się podjazdy, choć najgorsze dopiero przed nami.

Na ok. 67 km wyrasta ścianka. Od razu mamy 10% nachylenia, które rośnie i rośnie, a w szczytowym momencie osiąga wartość 17% (wskazania na Garminie) lub jak kto woli 21,6% (wskazania na Stravie).

Jest co jechać! I albo zsiadasz z roweru i prowadzisz go pod górkę (przy takim nachyleniu to żaden wstyd), albo jedziesz wężykiem powoli do przodu, albo jedziesz i .. ktoś Cię popycha. Dobrze, że mam takiego dobrego męża! Generalnie wszyscy dali radę, choć na tym odcinku można było wypluć z siebie płuca. Górka pod Zajęcznik zdobyta!

Kolejne 10 km to podjazd za Świeradowem Zdrój, który wydaje się teraz rozjazdem. Nachylenie 3-6% już nie robi na nikim wrażenia i trzeba to po prostu przejechać. Trudno oczekiwać, że po stromej górce grupa utrzyma zwarty szyk. Mocniejsi mkną szybciutko na obiad do bazy, a pozostali powoli dojeżdżają do Zakrętu Śmierci. Na szczęście do samej Szklarskiej Poręby jest już z górki.

Zmęczeni, spoceni i głodni docieramy do ośrodka. Każdy marzy o prysznicu, ciepłym posiłku i wygodnym łóżku, a o tym jak było fajnie przypominają nam zdjęcia z trasy.

Hopka na Miedziankę

Niedziela to świadomy wybór nieco krótszej trasy. Po dwóch dniach każdy czuje w nogach przejechane kilometry i obawia się o wytrzymałość. Tym razem ruszamy z Karpacza w stronę Miedzianki. I gdy większość myśli o zimnym cycuchu jabłkowym z tego browaru, to ja od początku zastanawiam się jak pokonać kolejny dwucyfrowy podjazd?!

Przed bazą w Szklarskiej Porębie robimy wspólne pamiątkowe zdjęcie i z rowerami na bagażnikach udajemy się do Karpacza skąd wyruszamy w trasę.

Trasa zaczyna się niewinnie 6-kilimetrowym zjazdem do samych Kowar. I gdy już myślisz, że może wcale nie będzie tak źle, to zaczynają się podjazdy i tzw. naturalna selekcja. Wspinamy się na wysokość blisko 600 m n.p.m. podjazdem od 3 do blisko 11% nachylenia w szczytowym momencie. To prawie 5 km, ale naprawdę można się zmęczyć.

Profil trasy z Karpacza dostępny tutaj: https://www.strava.com/routes/18979055

Do skrzyżowania na Karpniki jedziemy z górki, ale nie ma co szarżować, bo jakość asfaltu pozostawia wiele do życzenia. Jest mnóstwo dziur (i to porządnych), więc co chwilę krzyczymy do siebie „UWAGA!”, aby nie doszło do upadku czy uszkodzenia rowerów.

Po drodze mijamy Trzcińsko i na ok. 23 km zaczyna się stromy choć krótki (ok.1,5 km) podjazd pod Miedziankę. Garmin pokazuje 12%, a prędkość spada poniżej 10 km/h. Powoli, przy wspólnej mobilizacji, docieramy do szczytu i browaru, z którego rozpościera się piękny widok na Sokoliki i Krzyżną Górę czyli „Cycki” Janowickie zwane też potocznie „Cyckami Bardotki”. Kobiece piersi w całej okazałości!

Jest w końcu okazja do zasłużonego odpoczynku, spróbowania tutejszych trunków i potraw oraz do upajania się widokiem na góry.

Z Miedzianki można podjechać do kolorowych jeziorek. To cztery stawy u podnóża Wielkiej Kopy (871 m n.p.m.), do których (oczywiście!) prowadzi podjazd. Same jeziorka (żółte, purpurowe, błękitne i zielone) są nieco przereklamowane. Natura i susza zrobiły swoje i dużo im brakuje do jeziorek znajdujących się na Łuku Mużakowa.

Droga powrotna to kierunek na Karpniki, Krogulec i Kostrzyce. Cały czas towarzyszy nam widok na Karkonosze, w tym na Śnieżkę. Przed podjazdem do Karpacza warto zatrzymać się na sesję foto, bo to już ostatnie kilometry naszej cudownej wyprawy. Taka pamiątka zostanie na całe życie.

Inna bajka

Nogi bolą. Ramiona bolą. Ręce bolą. Tyłek boli. Wszystko boli, ale kto by się tym przejmował? Góry wycisną z nas wszystkie siły. Sprawią, że będziemy przeklinać rower, swoją kondycję, lenistwo i każdy nadprogramowy kilogram. Może nawet rzucimy rower w kąt i nie spojrzymy na niego przez kolejny tydzień?! Będziemy zastanawiać się nad tym, po co nam takie męczarnie i powiemy sobie szczerze: „Już nigdy więcej!”.

Bo góry to inna bajka. Tutaj 3-4% nachylenia to lekka rozgrzewka albo rozjazd po cięższym podjeździe. To oczywiście subiektywne odczucie, bo co dla jednych jest rozjazdem, dla innych może być porządnym treningiem i wyjściem poza własną strefę komfortu.

Tutaj nie liczy się średnie tempo, bo wykręcanie kosmicznych liczb i zdobywanie pucharków czy KOM-ów na Stravie trzeba zostawić lokalsom. To jednak ogromna próba charakteru, poziomu motywacji i aktualnej formy.

Wszystkie podjazdy i zjazdy to informacja zwrotna na temat naszego wytrenowania, techniki, doświadczenia i braków, które trzeba nadrobić. Ale przede wszystkim to odskocznia od codziennych trosk, obowiązków i miejscowych tras, które z czasem stają się nudne. A jeśli do tego dojdzie wspaniałe towarzystwo to satysfakcja i przyjemność GWARANTOWANE!

* Podziękowania dla całej ekipy YOLOBIKE ON TOUR, która stworzyła wspaniałą atmosferę nie tylko na trasie. Bez Was nie byłoby tak cudownie!

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z naszego wyjazdu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *