Ciemna strona kolarstwa

Kolarstwo, tak jak życie, ma swoje ciemne strony. I nie chodzi wcale o doping, bo to zupełnie osobny temat, ale o przykre doświadczenia, które spotykają większość kolarzy. Możemy próbować ich uniknąć, ale czasami się po prostu nie da. Jakie złe moce kryje w sobie kolarstwo?

Kolarstwo w amatorskim wydaniu też nie jest usłane różami. Wydaje się nam, że jeździmy hobbystycznie, dla odstresowania się po pracy i dla relaksu w weekendy. Ale gdy zastanowimy się nad drugą stroną naszej pasji to okazuje się, że już nie jest tak różowo. I choć czasami trudno to przyznać, jazda na rowerze też ma swoje ciemne strony. Pytanie tylko: czy da się ich uniknąć i jak to zrobić?

Kraksy

Jak powiedział niedawno jeden z moich kolegów z grupy „kolarze dzielą się na tych przed kraksą i na tych po kraksie”. Coś w tym jest, bo pewnie wypadek na rowerze na zawsze zostaje w pamięci. Piszę w trybie przypuszczającym, bo sama (na szczęście) nie zaliczyłam (jeszcze?) poważniejszych kraks, a małe wywrotki przy minimalnej prędkości zupełnie się nie liczą.

Popularne szlify na asfalcie, a co gorsza wypadki z udziałem kilku lub kilkunastu rowerzystów jadących w peletonie, do przyjemnych nie należą, a wręcz mogą skończyć się tragicznie. To właśnie jedna z tych ciemnych stron kolarstwa, na którą są narażone głównie grupy rowerowe choć nie jest to regułą. Zdarza się przecież, że jadąc samemu zaliczymy niebezpieczną glebę. Wystarczy chwila dekoncentracji, uślizg, wyjeżdżający zza rogu samochód, ostry zakręt, wysoki krawężnik czy dziura na drodze.

Jeśli to tylko lekkie otarcia, stłuczenia, siniaki, a nawet podarte spodenki, to nie ma co dramatyzować. Gorzej gdy doznajemy poważnego uszczerbku na zdrowiu, a rehabilitacja trwa miesiącami. Dochodzi do tego obciążenie psychiczne, finansowe, dodatkowy kłopot dla rodziny i naszych bliskich. Być może takie wydarzenia nas hartują, ale z pewnością pozostają w naszej głowie.

www.cyclingtips.com

Zdrowie

Jazda na rowerze to zdecydowanie mnóstwo korzyści zdrowotnych. Jednak jazda przez wiele godzin, mocne treningi i starty w zawodach dla amatorów kolarstwa mogą mieć skutki uboczne. Nie na darmo mówi się o tzw. kolarskich chorobach.

Spowodowane są one głównie spędzaniem zbyt dużej ilości czasu na siodełku. Żylaki odbytu, ucisk prostaty, w konsekwencji nowotwór jąder – to są przypadłości i choroby, o których mówi się najczęściej. Przebywanie w siodle 6-8 godz. to zdecydowanie wyjście poza naszą strefę komfortu.

Zaczyna się od odparzeń (kwestia wkładki do spodenek), otarć i nagniotków w kroczu (pomaga Sudocrem, Sportsbalm albo krem Nivea i posypka dla niemowląt), a kończy na żylakach odbytu, a w skrajnych przypadkach na nowotworze jąder. U kobiet zwiększa się jeszcze ryzyko infekcji układu moczowego. Mitem z kolei jest wpływ jazdy na rowerze na bezpłodność czy impotencję.

Systematyczne treningi z mocnymi obciążeniami czy częsty udział w zawodach to takze obciążenie dla naszych stawów. Cierpią kolana, piszczele, biodra, kręgosłup (szczególnie w odcinku lędźwiowym) i dłonie. Dlatego niezmiernie ważna jest odpowiednia pozycja na rowerze i ułożenie bloków w butach rowerowych, które pomogą nam ustawić specjaliści podczas bike fittingu.

Kierowcy

Są kierowcy i … kierowcy. Jeden będzie uprzejmy i przepisowo zachowa półtorametrowy odstęp od rowerzysty, a drugi wręcz specjalnie zatrąbi, przestraszy i rzuci nieparlamentarnym słowem i gestem w naszą stronę. Czasami nawet zatrzyma samochód i zacznie nam grozić. Kierowcy to temat rzeka, którego nadal nie mogę rozgryźć.

Bo co złego robią rowerzyści na treningu czy weekendowej ustawce kolarskiej? Pewnie kierowcom chodzi o te ścieżki rowerowe, które bezmyślnie budują władze miast i z których nie korzystamy, bo zdecydowana ich większość nie nadaje się do jazdy rowerem szosowym. Pewnie chodzi też o nasze peletony i jazdę parami, a dokładnie o zajmowanie połowy jezdni. No tak. Nie można wtedy poszaleć z gazem do dechy swoim wypasionym golfem kupionym za pracę na niemieckiej budowie. Wtedy trzeba przyhamować i jeszcze nas ostrożnie wyminąć.

A może chodzi o to, że rowerzysta ma pierwszeństwo na skrzyżowaniu drogi rowerowej z jezdnią? Nie można wtedy jechać bezmyślnie, rozmawiać przez telefon albo zajadać hot-doga ze stacji benzynowej. Trzeba wtedy pobudzić swoją koncentrację i dokładnie rozejrzeć się czy czasami nie nadjeżdża rozpędzony kolarz.

Takie sytuacje mogą irytować kierowców, gdyż nie mogą być wtedy królami szos! Ale tak bardziej serio, to my również musimy pamiętać, aby nie prowokować ich do takich chamskich zachowań. Starajmy się jeździć zgodnie z przepisami, zatrzymywać się na czerwonym świetle, korzystać ze ścieżek (jeśli się tylko da) i trzymać się w zwartych grupach.

Uważajmy na kierowców, bo to właśnie oni powodują większości wypadków drogowych z udziałem rowerzystów. Wszystko przez bezmyślność, brawurę, nadmierną prędkość i jazdę pod wpływem alkoholu i środków odurzających.

Hejt

Człowiek człowiekowi wilkiem. I nie mam na myśli tylko kierowców, którzy non stop hejtują  nasze zachowania na drodze (i wzajemnie). Jadem potrafią cisnąć także piesi, a szczególnie Ci, którzy również korzystają ze ścieżek rowerowych.

Bo przecież wózek, dziecko na rolkach czy na rowerku oraz piesek na smyczy są dla nich ważniejsi. I łatwo zapominają, że jeśli poruszają się po ciągu pieszo-rowerowym, to my mamy takie samo prawo z niego korzystać. Ale w sieci nie zostawiają na rowerzystach suchej nitki i dzielnie wtórują kierowcom.

Hejtować mogą także inni, znajomi i nieznajomi, typowe polaczki-buraczki. Określeń na kolarzy mają wiele, ale ostatnio chyba najmodniejsze to „pedalarze”. I nie chodzi wcale o „rowerzystów”, którzy przecież znają przepisy ruchu drogowego, jeżdżą książkowo, po ścieżkach rowerowych, używają dzwonka i grzecznie proszą i dziękują pieszym za ustąpienie miejsca, ale o tych chamskich pro-amatorów w lajkrach i z rowerami za siedem najniższych pensji.

Hejt boli. I to bardzo. Niszczy nasze plany, cele, marzenia i zniechęca do działania. Hejtoholicy są wszędzie i nie mamy wpływu na chorobę innych osób. Jedyne co możemy zrobić, to nie dawać powodów do hejtu i przejść koło niego obojętnie, nie pozwalając na zaśmiecanie swojego życia mową nienawiści.

Wyrzeczenia

Po pierwsze finanse. Nie muszę chyba pisać ile kosztuje amatorskie kolarstwo. To studnia bez dna. Bo zawsze jest w co inwestować. A to lepszy rower, a to nowy komplet odzieży, zakup akcesoriów, a to wyjazdy na zgrupowania, zawody, etc. I tak portfel chudnie. Wiem, że nie każdy musi sobie odmawiać, ale większość z nas musi wybierać „albo – albo”. I pytanie tylko czy umiemy zatrzymać się w tych wydatkach?

Bo przecież nasze kolarstwo to nie wszystko. Jest rodzina, dom, najbliżsi, którzy również potrzebują inwestycji. Oczywiście, że zawsze można mieć lepszy rower, lepsze buty, kask, stroje, wydać pieniądze na trenera personalnego, na trenażery, aplikacje do jazdy, tylko czy sprawi to nam prawdziwą radość? Czy nie lepiej czasami zrezygnować z karbonowej ramy na rzecz romantycznej kolacji w ekskluzywnej restauracji z ukochaną osobą czy wyjazdu z rodziną? Satysfakcja gwarantowana.

Zostaje jeszcze dieta i styl życia. Jeśli chcemy ścigać się na segmentach, zdobywać komy i poprawiać swoje personalne rekordy, to trzeba wdrożyć w życie plan.

Czyli więcej treningów i więcej czasu spędzanego na rowerze, większe obciążenia i ryzyko kontuzji, odżywki, suplementy i cieniowanie, żeby urwać na każdym kilometrze te kilka sekund. I wpadamy w pułapkę. Zaczynamy zmieniać styl życia, wszystko podporządkowujemy rowerowej pasji, nie mając czasu i siły na inne rzeczy.

Niby zwyczajna jazda na rowerze, a ile niedogodności. Chciałabym napisać, że nasze amatorskie kolarstwo to tylko zabawa, fun, hobby, pasja, ale niestety ma ona też swoje ciemne strony. Pytanie tylko czy jesteśmy w stanie ich uniknąć i zachować chłodną głowę i umiar?

 

 

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Maciek L. pisze:

    Super spojrzenie na nasze amatorstwo…
    Kasiu, jak zawsze w punkt !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *