Czas na kolarstwo romantyczne?

Coraz bardziej doceniam kolarstwo romantyczne. To określenie towarzyszy mi teraz znacznie częściej niż takie pojęcia jak wytrzymałość beztlenowa, moc eksplozywna, strefy tętna, FTP czy interwały. Może to efekt lockdownu i epidemii, a może po prostu dojrzewania.

Nowa definicja

Zacznę od pytania. Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie, gdy mówimy o kolarstwie romantycznym?

Osobiście kojarzy mi się ze swobodą, radością, przyjemnym tempem jazdy, ze słońcem, z pogodą, lasem, z pięknymi widokami, przyrodą, uśmiechem i z przemiłym towarzystwem. Chyba właśnie o to dokładnie w tym chodzi.

Z tych skojarzeń możemy zatem utworzyć własną definicję kolarstwa romantycznego.

Kolarstwo romantyczne – styl jazdy na dowolnym rowerze preferowany przez osoby w różnym wieku, którego nadrzędnym celem jest uzyskanie przyjemności z jazdy, bez przymusu rywalizacji i realizacji planu treningowego. Zjawisku temu towarzyszą najczęściej takie odczucia jak: spokój, radość, zadowolenie, relaks, melancholia, swoboda czy odpoczynek. Kolarstwo romantyczne może być uprawiane indywidualnie lub w kameralnych grupach, szczególnie po trasach z uroczymi widokami, wartymi zatrzymania się i sfotografowania.

Czyli mówiąc prościej: jest to jazda bez spinania tyłka i pościgu za grupą z językiem na wierzchu i glutem w nosie, z postojami na kawę i ciacho na trasie oraz z sesją zdjęciową przyrody i selfie w rzepaku czy w makach.

Coś jeszcze dodacie?

Dojrzały wybór

Kolarstwo romantyczne to efekt nie tyle starzenia się, co dojrzewania. Chyba każdy kolarz-amator przechodzi w swoim życiu rowerową ewolucję czyli doświadcza z wiekiem kolejnych etapów rozwoju. I w pewnym momencie przychodzi czas właśnie na kolarstwo romantyczne.

Taki sposób jazdy może być preferowany albo od samego początku naszej przygody z rowerem, albo w pewnym momencie naszej “kariery” kolarskiej. Czasem zostaje już z nami na zawsze, a niekiedy – po krótkim epizodzie – odrzucamy go i powracamy do rygoru treningowej jazdy.

Kolarstwo romantyczne ma to do siebie, że możemy zostawić licznik rowerowy w domu, wyłączyć w telefonie wszystkie aplikacje sportowe i bez wyrzutów sumienia przejechać 40 km w trzy godziny. Bo nie chodzi tu o wykręcone cyferki i liczbę lajków na Stravie za dobyte pucharki i personalne rekordy.

A więc o co chodzi?

Trening odpoczynku

Chodzi o to, aby odetchnąć! Kolarstwo romantyczne to przede wszystkim odpoczynek na rowerze. Gdy zmienimy styl jazdy na romantyczny, to okaże się, że taka jazda rowerem redukuje gonitwę myśli i nasze niepokoje, dając jednocześnie poczucie pełnego relaksu i szczęścia. Bez konieczności spinania się i napięcia związanego np. ze ściganiem się w grupie.

Podczas romantycznej jazdy wcale nie musimy podążać za wskazaniami Garmina czy innego licznika rowerowego. Nie musimy patrzeć na prędkości, na waty, strefy tętna czy segmenty na Stravie. To nie jest wyścig czy trening. Jedziemy tak, jakby czas nie miał znaczenia, a liczyły się tylko przeżycia.

Kolarstwo romantyczne ma coś wspólnego z miłością. Ale bardziej pasuje mi tu słowo uwielbienie: dla natury, przyrody, wschodów i zachodów słońca, śpiewu ptaków, szumu morza, zapachu lasu, łąki, pól czy szczytów gór.

Kojarzy mi się też z wolnością. Bo jak inaczej określić siebie na rowerze z wiatrem we włosach i uśmiechem na ustach?

Ale obciach?

Nie wszyscy są zdolni uprawiać kolarstwo romantyczne. Dla niektórych to profanacja kolarstwa, a także śmieszność i obciach. Bo jak możemy nazywać siebie “kolarzami” (nawet amatorami), kiedy na Stravie nie widać średniej 35 km/h?

Proamatorzy zapatrzeni w swoje firmowe kaski, karbonowe rowery i buty, szytki i pomiary mocy, nie docenią coffee rajdów i turystyki rowerowej. Mają swój świat, ale powinniśmy to uszanować.

Prawda jest taka, że i tak wszystko zmierza w stronę kolarstwa romantycznego i jazdy w stylu grupy “Lubszanie 73”.

Nie generalizuję, ale dopóki czujemy się młodzi, silni i zdrowi to będziemy raczej dążyć do poprawy swoich wyników i kondycji, będziemy ciężko trenować i wznosić się na wyżyny swoich możliwości. Na pewnym etapie jesteśmy w stanie podporządkować kolarstwu część swojego życia.

Możliwe, że z upływem lat i na bazie zdobytego doświadczenia, zmęczeni reżimem treningowym, ustawkami kolarskimi w grupie, wyścigami i trenażerami, przesiądziemy się na rowery z sakwami i z mapą w ręku będziemy uprawiać tylko kolarstwo romantyczne. Wtedy najbardziej docenimy, że jaka piękna może być jazda na rowerze.

 

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Bobiko pisze:

    Pierwotnie, kolarstwo romantyczne skojarzyło mi się z Szymonbajkiem 😉 z uwagi na jego unikalny styl uprawiania kolarstwa i zwiedzania magicznych krain. Kosztem ustablizowanego życia.

    Wiekszosc kolarzy to jeżdża na czas, zdobywać segmenty, poprawiać pozycje itp. w krótkiej perspektywnie ma to sens, ale w dłuższej taka osoba łatwo sie wypali, zwłaszcza gdy nie ma długotrwałego efektu. Ja sobie z wyścigami i ustawkami dałem spokój, częśćiej wybieram wersję turystyczną, krajoznawczą, jazdę solo albo w małej grupie. I tak, coffeeride także pod to podchodzi.

    Dobrze jest czasem tak zatrzymać się i popatrzeć na otoczenie. Nacieszyć się pięknem, okolicami, w których sie jest pierwszy raz albo dawno nie było nas. Ja tak miałem ostatnio, gdy śmigałem po lasach, w których mnie nie było odkąd kupiłem szosę. Taki powrót do przeszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *